Zdrowie jako wartość

6864680268_efa1454eea_z

Słowo „potrzeba” powinno zostać wyeliminowane ze słownika politycznego dyskursu. Jest ono nierozerwalnie związane z niebezpiecznym upraszczaniem rzeczywistości – koncepcją, że istnieją pewne wartości nieskończenie bardziej istotne niż wszystkie inne oraz,  że są rzeczy, których potrzebuję, a nie zaledwie pożądam oraz że te ”potrzeby” mogą zostać obiektywnie określone.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda rozsądnie. Czyż nie są moje „potrzeby” żywności, wody i powietrza czymś zupełnie innym niż chęć przyjemności i komfortu? Są to rzeczy niezbędne dla życia. Czyż życie jest  nie tylko ważniejsze niż wszystko inne, ale nawet nieskończenie ważniejsze? Ilość żywności, wody i powietrza niezbędna do podtrzymania życia nie jest przecież tylko kwestią smaku albo preferencji, ale biologicznym faktem.

Konsekwencje pozbawienia żywności, wody albo powietrza dla długości mojego życia to rzeczywiście fakt biologiczny. Jeśli chodzi o wartość, którą ja sam przypisuję mojemu życiu – sprawa jest bardziej skomplikowana. Pozostanie przy życiu dla większości z nas jest wysoce pożądane, ale nie jest pożądane w sposób nieskończony. Jeśli by tak było, to mielibyśmy skłonność do poświęcenia dla niego wszystkich innych wartości. Za każdym razem kiedy palisz papierosa, za każdym razem kiedy jedziesz trochę za szybko, świadomie oferujesz swoje życie – mały ułamek życia, bardzo małą szansę jego utraty teraz albo dużą szansę jego skrócenia w zamian za niewielką przyjemność.

Osoba, która twierdzi – a prawie wszyscy tak twierdzą – że życie ludzkie ma wartość nieskończoną i nie może być mierzone w jakichkolwiek materialnych kategoriach, wypowiada choć popularną to jednak ewidentną bzdurę. Jeśli wierzyłaby w nią, odnosząc ją także do swojego życia, to nigdy nie przeszłaby na drugą stronę ulicy i wydawała na potrzeby niezbędne dla podtrzymania fizycznego istnienia. Jadłaby najtańsze, najbardziej pożywne jedzenie, jakie mógłby znaleźć i żyła w małym pokoju oszczędzając pieniądze na częste wizyty u możliwie najlepszych lekarzy. Nie podejmowałaby ryzyka, nie konsumowała towarów luksusowych i żyłaby bardzo długo. Jeśli nazywasz to życiem. Jeśli ktoś rzeczywiście wierzy, że życie innych ludzi ma nieskończoną wartość, to powinien żyć jak ascetyk, zarabiać tak dużo pieniędzy, jak to możliwe. Wszystkie pieniądze, które nie są mu absolutnie potrzebne do przetrwania powinien przeznaczać na pakiety pomocowe, badania w kierunku aktualnie nieuleczalnych chorób i podobne działania dobroczynne.

Tak naprawdę, ludzie, którzy mówią o nieskończonej wartości ludzkiego życia, sami nie żyją w żaden z tych sposobów. Konsumują znacznie więcej, niż potrzebują by przeżyć. Być może nawet mają w swojej szafce papierosy, a w garażu sportowy samochód. Rozpoznają oni w swoich działaniach, jeśli nie w słowach, że fizyczne przetrwanie jest jedynie jedną z wartości, aczkolwiek bardzo ważną pośród wielu.

Koncepcja „potrzeby” jest niebezpieczna, ponieważ uderza w samo serce praktycznego argumentu za wolnością. Ten argument zależy od rozpoznania, że każda osoba ma najlepsze kompetencje do wybrania sobie, które z wielu możliwych żyć jest dla niej najlepsze. Jeśli wiele z tych wyborów angażuje „potrzeby”, rzeczy o rzekomo nieskończonej wartości dla jednostki, które są najlepiej określone przez osoby trzecie, to jaki jest pożytek z wolności? Jeśli nie zgadzam się z ekspertami odnośnie moich „potrzeb”, to nie dokonuję wyboru wartości, lecz popełniam błąd.

Jeśli zaakceptujemy koncepcję „potrzeb”, musimy także zaakceptować stosowność podejmowania decyzji dotyczących naszych własnych „potrzeb” przez kogoś innego, najprawdopodobniej przez rząd. To jest dokładnie ten argument, który stoi za rządowymi dotacjami na medycynę. Opieka medyczna, podobnie jak żywność, woda albo powietrze przyczynia się do fizycznego przetrwania. Określenie rodzaj i ilości świadczeń medycznych niezbędnych do osiągnięcia określonego skutku – na przykład wyleczenia lub zapobieżenia chorobie – to pytanie nie o indywidualne gusta, ale miejsce na opinię eksperta. W konsekwencji argumentuje się, że ilość świadczeń medycznych, których ludzie „potrzebują”, powinna być dostarczona za darmo. Ale jaka to dokładnie jest ilość? Niektóre „potrzeby” mogą zostać zaspokojone przy niewielkiej cenie – na przykład koszt całkowicie pożywnej diety o minimalnym koszcie (głownie soja i mleko w proszku) to jedynie kilkaset dolarów rocznie. Dodatkowe wydatki na żywność powodują zaledwie poprawę smaku, a to jak można dalej argumentować jest już luksusem. W praktyce, dodatkowa opieka medyczna może powodować dodatkowe korzyści zdrowotne, aż do bardzo wysokiego poziomu wydatków medycznych, prawdopodobnie aż do punktu, w którym medycyna pochłaniałaby cały dochód narodowy. Czy to znaczy, że powinniśmy zaspokajać nasze „potrzeby” na opiekę medyczną robiąc z każdego obywatela kraju doktora, oszczędzając jedynie tych, którzy byliby niezbędnie potrzebni do produkowania żywności i schronień? Oczywiście, że nie. Takie społeczeństwo nie byłoby bardziej atrakcyjne niż „życie” człowieka, który naprawdę uważa, że podtrzymywanie biologicznego istnienia ma nieskończoną wartość.

Błędne jest założenie, że lepszy stan zdrowia jest wart każdej ceny, nieważne jak dużej, dla każdego polepszenia stanu zdrowia, nieważnie jak małego. Istnieje pewien punkt, w którym koszt zwiększenia ilości świadczeń medycznych, zarówno jeśli chodzi o czas jak i pieniądze, jest większy, niż usprawiedliwia to uzyskana dzięki niemu poprawa zdrowotna.To, kiedy pojawi się ten punkt, zależy z jednej strony od obiektywnej wartości przypisywanej przez daną osobę do dobrego stanu zdrowia, a z drugiej strony od przypisywanej przez jednostki wartości innych rzeczy, które mogłaby kupić za te pieniądze, albo zrobić w danym czasie. Jeśli usługi medyczne są dostarczane na rynku, jak inne dobra i usługi, jednostki będą konsumować aż do wspomnianego punktu i wydawać resztę swoich pieniędzy na inne rzeczy. Poprzez „Medicare” rząd sam arbitralnie dokonuje tej decyzji i zmusza jednostki do kupowania pewnej ilości usług medycznych, niezależnie od tego, czy uważają one, że usługi te są warte swojej ceny czy nie.

Niektórzy twierdzą, że programy tego typu umożliwiają biednym dobrą opiekę medyczną, na którą nie mogliby sobie inaczej pozwolić. Skoro tak, to transfer środków finansowych należy oceniać w oderwaniu od specyficznie medycznej części programu. Jeśli transfer pieniędzy od bogatych do biednych jest dobry, to można go dokonać bez jakiegokolwiek programu przymusowych ubezpieczeń. Jeśli przymusowe ubezpieczenia medyczne są dobre, to można ja zarządzić bez żadnego transferu. Nie ma absolutnie sensu bronić ubezpieczeń zdrowotnych powołując się na transfer pieniędzy.

W rzeczywistości, bardzo wątpliwy jest fakt czy rządowe programy medyczne rzeczywiście transferują środki od bogatych do biednych. Są dowody, że społeczna medycyna w Wielkiej Brytanii ma efekt przeciwny. Klasy wyższe płacą wyższe podatki, ale jednocześnie, z różnych powodów, częściej zyskują korzystając z usług (…)

Obrońcy rządowych programów zawsze argumentują, że biedni są tak biedni, że nie mogą sobie pozwolić na najpotrzebniejsze usługi medyczne. Oznacza to przypuszczalnie, że w celu uzyskania najbardziej podstawowej opieki medycznej, będą musieli zrezygnować z czegoś jeszcze bardziej potrzebnego – na przykład żywności. Ale tak długo jak dobra, które otrzymują biedni, są finansowane z ich własnych podatków, sytuacja jest jedynie pogarszana. Zamiast rezygnować z opieki medycznej, żeby się wyżywić, biedni dostają rozkaz, żeby zrezygnować z jedzenia, po to, żeby otrzymać opiekę medyczną.

Głównym efektem programów typu „Medicare” dla niezamożnych, ale również dla wszystkich innych, jest zmuszenie ich do płacenia za usługi, których nie kupiliby z własnej woli, ponieważ uważają, że nie są warte swojej ceny. To właśnie określamy często jako „pomaganie biednym”.

Na szczęście sytuacja bardzo rzadko jest tak dramatyczna. Wszystkie dane wskazują, że biedni nie są na granicy śmierci głodowej. Dowody wskazują, że w tym kraju [USA] liczba kalorii konsumowanych dziennie jest zupełnie niezależna od dochodu. Jeśli biedni wydadzą więcej swoich pieniędzy na lekarzy, nie umrą z głodu. Będą po prostu jeść gorzej, gorzej się ubierać i żyć w jeszcze gorszych warunkach mieszkaniowych niż dotąd. Skoro sami nie wydają znacznych kwot na opiekę medyczną to głównie dlatego, że mają możliwość, by ocenić koszt i zdecydować, czy nie jest on zbyt wysoki. Jeśli ludzie, którzy mają więcej pieniędzy, chcą dotować dostarczanie usług medycznych dla najbiedniejszych, to jest to godne podziwu. Jeśli chcą płacić pieniędzmi najbiedniejszych, wtedy nie jest.

Moje tłumaczenie rozdziału „Nie potrzebuję niczego” z „The Machinery of Freedom” Davida Friedmana*. Druga edycja książki w języku angielskim jest dostępna w całości na stronie http://www.daviddfriedman.com

*David Friedman – amerykański ekonomista, fizyk, profesor prawa na Uniwersytecie Santa Clara, teoretyk libertariański, autor wielu publikacji m.in. „Machinery of Freedom”, syn noblisty Miltona Friedmana.

Photo credit: Caitlin House via Foter.com / CC BY-NC-ND

Reklamy